Home

  • Peeling cukrowo – olejowy z olejem kokosowym ISANA

    Peeling cukrowo – olejowy z olejem kokosowym ISANA

    Jako wierna wielbicielka wszystkiego co kokosowe, w moje ręce trafił także peeling cukrowo olejowy z olejem kokosowym marki Isana. Wziełąm go tylko ze względu na, właśnie, kokosa no i niską cenę bo zapłaciłam za niego jakieś 5 czy 6 zł. Ale to było jakiś czas temu w Rossmannie. Niestety zanim leniwa ja wzięłam się za testowanie go, minęło trochę czasu, a gdy już go użyłam to byłam zażenowana moim poziomem lenistwa, bo „jak ja mogłam zwlekać z użyciem tego peelingu?!”. Taki fajny, a tyle leżał… (:

    Niestety według aplikacji, jest to produkt wyprzedażowy, stąd też brak informacji o jego dostępności. Warto zatem samemu wyruszyć na jego poszukiwanie. Szczerze od kiedy go kupiłam, byłam w Rossmannie wiele razy, jednak ani razu ten peeling nie wpadł mi w oczy. Sama jestem ciekawa czy w ogóle gdziekolwiek można go jeszcze znaleźć.

    Wady i zalety

    Peeling jak to peeling, fajnie złuszcza naskórek i pozostawia skórę miękką, przyjemną w dotyku, delikatną. Uwielbiam to, serio! W sumie, to kto nie lubi? Czyli swoje zadanie spełnia znakomicie. Bardzo małe drobinki, nie sprawiają wrażenia jakbyśmy próbowali drzeć skórę, najgrubszym z możliwych, papierem ściernym. Ale jest też coś co mi troszkę przeszkadza, a nawet nie troszkę – bardzo. Peeling, zostawia tłustą warstwę na skórze. Znacie takie uczucie chociażby podczas zmywania, gdy zanurzacie rękę w czymś tłustym, i ten tłuszcz na ręce zaczyna tworzyć taką warstwę… takie samo uczucie mam po zmyciu tego peelingu. Trzeba to czymś zmywać dodatkowo bo niestety ale z tym żyć się nie da. 🙂

    Ten zapach!

    Jezuuu jak to pachnie!! Ten zapach to mistrzostwo! Totalnie przepadłam. Gdybym mogła, to wszystko mogło by pachnieć tym peelingiem. Choć nie jest to taki czysty kokos, coś jakby połączenie czegoś śmietankowego z tym właśnie kokosem. Aromat jest bardzo zmysłowy, nie drażniący choć w miarę intensywny. Zapach pozostaje na skórze nawet po kąpieli, po wytarciu, w ubraniu, fajnie się utrzymuje.

    Skład

    Na sam koniec kilka słów o składzie kosmetyku, a ten jest bardzo króciutki.

    Już na pierwszym miejscu mamy cukier (sucrose) czyli składnik najczęściej używany do peelingów mechanicznych, ma także właściwości nawilżające i łagodzące. Następnie pojawia się stearynian etyloheksylu (ethylhexyl stearate), substancja komedogenna sprzyjająca powstawaniu zaskórników (choć nie musi), aczkolwiek tworzy warstwę okluzyjną która zapobiega nadmiernemu odparowywaniu wody. Na trzecim miejscu mamy palmitynian izopropylu (isopropyl palmitate), emolient który zmiękcza naskórek, nawilża, wtórnie natłuszcza i wygładza, ten także może być komedogenny. Kolejno mamy olej kokosowy (cocos nucifera oil), często wykorzystywany w kosmetyce, składnik który silnie regeneruje skórę, zmiękcza ją, idealny dla skóry suchej, szorstkiej, podrażnionej i łuszczącej się. Po oleju mamy trójgliceryd kaprylowo – kaprynowy, substancja nawilżająca, zmiękczająca, także stosowany do pielęgnacji skóry by ta była miękka i jedwabista. Trzecie miejsce od końca to stearynian glicerolu (glyceryl stearate), który jest emolientem z właściwościami zmiękczającymi, także pełni funkcję składnika nadającego kosmetykowi odpowiednią konsystencję. Przedostatnie jest masło shea (butyrospermum parkii butter), które ma duże powinowactwo do lipidów naskórka, wzmacnia cement międzykomórkowy przez co nawilża, zmiękcza i wygładza skórę. Bogate jest w witaminy A, F i E oraz kwas oleinowy, stearynowy, linolowy i inne kwasy tłuszczowe czy estry woskowe. Na ostatnim miejscu mamy składnik zapachowy (parfum) i jak się można domyślić, to on odpowiada za aromat naszych kosmetyków. *

    Ciekawi mnie, czy ktoś z Was również miał możliwość wypróbowania tego peelingu. Jeśli tak, to dajcie znać w komentarzach.

    ___________________________________

    * analiza składu kosmetyków przeprowadzona przy pomocy Lupa Kosmetyczna

  • Nawilżający krem do twarzy od MIYA

    Nawilżający krem do twarzy od MIYA

    Cześć Kochani! Na wstępie muszę Was przeprosić za dwudniowe opóźnienie, gdyż nowe posty miały pojawiać się co czwartek. Dziś mamy już sobotę i dopiero dziś wjeżdża nowy wpis. Nawet nie mam niczego na swoje usprawiedliwienie, ostatnio dopadł mnie jakiś zastój myślowy. A więc pisanie totalnie mi nie idzie, choćbym chciała.

    Całe szczęście, znalazłam gdzieś tam jeszcze resztki motywacji i dzielę się nią z Wami w postaci wpisu, tym razem coś pielęgnującego. Równowaga musi być, prawda? 🙂

    Na ten krem do twarzy od Miya wpadłam przypadkowo podczas zakupów w Rossmanie. Co prawda wybrałam się po, właśnie, krem do twarzy lecz inny. Promocyjna cena produktu marki Miya zachęciła mnie do kupna, totalnie w ciemno! Ogólnie dużo pozytywnych opinii słyszałam na temat ich produktów więc postanowiłam zaryzykować. Stwierdziłam, że jeśli się nie sprawdzi to najwyżej wrócę ponownie do drogerii i kupię ten, który początkowo planowałam kupić.

    Moja skromna opinia

    Zaczynając od kwestii wizualnej, krem kupimy zapakowany w zielony kartonik ze srebrnymi akcentami i czarnymi napisami. Podobnie prezentuje się tubka z kremem, tu jednak napisy mamy białe tak jak zakrętka od tubki. Z każdej strony kartoniku, dostrzeżemy zachwalające produkt opisy typu „wyjątkowy skład”, „wyjątkowy krem” i pozostałe obietnice. Czy mają swoje odzwierciedlenie w rzeczywistości?

    Konsystencja kremu nie różni się niczym od większości innych kremów do twarzy. Jest biały, wyjątkowo gęsty, co zdarza się raczej rzadko no i mocno pachnie. Dosłownie. Nawet po nałożeniu go na twarz, czuję jego zapach przez bardzo długi czas. Całe szczęście ten zapach jest przyjemny (!), a przynajmniej tak mi się wydaje. Mi akurat nie to przeszkadza choć zabawne, gdy oglądając tv po wieczornym spa twarzy, ciągle coś pachnie. 😉

    No dobra, a co z obietnicami producenta? Korzystam z tego kremu już jakiś czas, dwa miesiące może trzy. Ciągle mam wobec niego mieszanie uczucia. Raz zachowuje się fajnie, innym razem jestem mniej zadowolona. Nie wiem z czego to wynika, ale ten krem najlepiej sprawdza się zaraz po takim gruntownym oczyszczaniu twarzy, czyli peelingi, maseczki itp. Wtedy widzę, że spełnia swoje zadanie bo super nawilża, a cera po nim rzeczywiście jest delikatna w dotyku, nie świeci się i nie tłuści. Jednak im dłużej od takiego oczyszczania twarzy, tym gorzej. Kwestia dwóch-trzech dni, a cera po nałożeniu kremu jest tak tłusta, że na zewnątrz świecę jaśniej niż wiosenne słońce. No i jak można się domyśleć, z każdym dniem jest tylko gorzej. W takich sytuacjach korzystałam z innego kremu-żelu do twarzy, o którym powstał oddzielny wpis jakiś czas temu. O, tutaj!

    Póki co, staram się skończyć ten krem z Miya, nie mam innego na jego zastępstwo więc pewnie szybko go zużyję. Czy wrócę do niego? Do tego konkretnie na pewno nie, ale nie skreślam też całkowicie tej marki i z chęcią wypróbowałabym innych ich kosmetyków.

  • Zestaw Avon: olejek do ust i tusz do rzęs

    Zestaw Avon: olejek do ust i tusz do rzęs

    Fakt, że święta już sporo za nami, to dzisiaj przedstawię Wam dwa produkty, które otrzymałam w ubiegłe święta pod choinkę. Minęło już chyba wystarczająco dużo czasu, by co nieco powiedzieć o olejku do ust True Color i tuszu do rzęs Euphoric, oba od Avon oczywiście. Oba kosmetyki pojawiły się w sprzedaży jako zestaw, co domyślam się, że sprawiło, że cena musiała być atrakcyjniejsza i bardziej zachęcała do zakupu.

    Nie potrafię stwierdzić, który katalog oferował ten zestaw ani ile kosztował, ponieważ dostałam go jako prezent, a nie chcę też wnikać w ceny otrzymanych prezentów. 😉 Ja tu jestem tylko od testowania produktów. 😉

    Tusz do rzęs Euphoric

    Ponownie piszę na temat tuszu do rzęs, czyli jednego z moich ulubionych kosmetyków do makijażu. Przyznam szczerze, że jako konsultantka (ale nieaktywna) miałam możliwość przetestowania tego tuszu, jeszcze zanim pojawił się on w regularnej sprzedaży w katalogu. Jakie było moje zdziwienie i radość, gdy ujrzałam go ponownie w prezencie pod choinką! Jest to jeden z moich ulubionych tuszy.

    Opakowanie nie różni się czymkolwiek specjalnym. Prezentuje się ładnie, mieni się metalicznym odcieniem fioletu oraz zieleni. Wąskie na końcach, rozszerzające się ku środkowi kojarzy się z rozciągniętą beczką. Do tego subtelne wyprofilowanie…

    W środku otrzymujemy kruczoczarną maź ze szczoteczką z włosia. Sama szczoteczka jest na prawdę duża, przez co możemy mieć problem z dotarciem do trudniej dostępnych rzęs, pomimo że jej końcówka się zwęża. Włosie rozstawione jest na tyle dobrze, że możemy elegancko rozczesać i pomalować rzęsy bez sklejania ich. Dużym plusem jest także to, że niezależnie od ilości produktu w środku, na szczoteczce pozostaje tylko minimum potrzebne do pomalowania się.

    Poniżej przedstawiam Wam zdjęcia bez użycia tuszu oraz po wytuszowaniu rzęs.

    PRZED
    PO

    Niestety, po zaletach czas na wady. A właściwie jedną, dużą wadę. Odniosłam wrażenie, że tusz niesamowicie szybko schnie. Pierwsze opakowanie poszło do kosza dość wcześnie, ze względu właśnie na zaschnięty produkt w środku. Dlatego, warto przed zakupem zastanowić się czy malujemy się na tyle często, by tusz nie zdążyłam nam uschnąć.

    Olejek do ust True Color

    Normalnie raczej unikam produktów do ust w tej formie. Nie przepadam że lejącymi się olejkami czy pomadkami. Jednak dlatego, że otrzymałam taki w prezencie, to byłoby szkoda, gdyby się zmarnował. Fakt, olejku używam gdy się przypomni (na co dzień używam pomadek ochronnych i balsamów do ust), to na potrzeby bloga pochowałam wszystko inne, by skupić się właśnie na nim i ocenić jego działanie. 🙂

    Małe, przeźroczyste opakowanie o pojemności 7ml w którym widać gęsty, różowy olejek z zakrętką w kolorze miedzi, tak jak napisy na opakowaniu. Z jednej strony nazwa produktu Avon True Nourishing Lip Oil, a po drugiej stronie podstawy takie jak pojemność, data ważności która wynosi 24 miesiące od daty otwarcia, producent, adres. O składzie przeczytamy na pudełku, w którym znajdowały się oba produkty.

    Olejek nadaje ustom delikatny połysk, jako że jest to produkt odżywczy, nie zostaje na nich na długo – część się wchłonie, część zostanie wytarta. Przez to sądzę, że jest mało wydajny szczególnie jeśli mamy przysłowiowego bzika na punkcie pomalowanych ust i mamy potrzebę, by ciągle coś na nich było. Pomimo swojego różowego zabarwienia, po nałożeniu zachowuje się jak typowy bezbarwny produkt.

    Aplikator olejku nie różni się za bardzo od wszystkich innych aplikatorów olejków czy błyszczyków i pomadek. Aczkolwiek fajnie dopasowuje się do kształtu ust. Coś w stylu spłaszczonego po obu stronach aplikatora wykonanego z przyjemnego tworzywa albo raczej materiału.

    Ode mnie jeszcze dodatkowy plus za fajny, słodki zapach! 🙂

    Produkt ogólnie w porządku, spełnia swoje zadanie dopóki z niego korzystamy. Robiąc od niego przerwę, usta szybko stają się ponownie suche. Mogłabym powiedzieć, że pomaga tak szybko, jak szybko przestaje działać. Więc musicie zdecydować sami, czy warto poświęcać mu czas. Ja wiem, że gdy go już zużyję to do niego nie wrócę.

    buziaki. xx

  • Płyn micelarny MicellAir Skin Breathe

    Płyn micelarny MicellAir Skin Breathe

    Idąc do drogerii, nie wiedziałam z jakim płynem micelarnym z niej wyjdę (bo w końcu tylko po to konkretnie poszłam), nie miałam konkretnej listy zakupów. Podchodząc do sklepowej półki stałam jak wryta przez kilka minut nie mogąc zdecydować się na konkretny produkt (Ochrona sklepu zapewne zaczęła widzieć we mnie potencjalnego złodzieja).

    Z jednej strony kusił mnie płyn Eveline z poleceniami wizażanek i sporej pojemności butelką. Z drugiej strony kusił płyn Nivea, którego na półce zostały już tylko dwie sztuki, co według mnie mogło oznaczać, że jest chętnie kupowany bo jest po prostu dobry. Ciężka analiza, co nie? 😅

    Po dłuższych przemyśleniach, po wszystkich „za” i „przeciw”, pozostałam przy Nivea. Choć to marka, na której w przeszłości zawiodłam się kilkukrotnie. Dałam jej kolejną szansę.

    Na okazję do wypróbowania płynu nie musiałam długo czekać. Pracuję w biurze, więc swój wygląd uzupełniam pełnym makijażem (co by interesantów nie straszyć). A czy pozostanę przy nim na dłużej, dowiecie się w dalszej części wpisu. 🙂

    O Nivea MicellAir Skin Breathe

    Produkt jest łatwo dostępny w drogeriach czy marketach, a kupimy go w butelkach o pojemnościach 400ml, 200ml oraz 100ml. Dostaniemy go także w wersjach dla różnego rodzaju cery, a każda z nich różni się kolorem płynu bo butelki są bezbarwne.

    Moją wersją jest płyn kojący dla cery wrażliwej i nadwrażliwej – ten fioletowy. Pozostałe to:

    • niebieski – cera normalna i mieszana – odświeżający
    • różowy – cera sucha – pielęgnujący

    Ogólnie Nivea posiada większy wybór płynów micelarnych, jednak chciałam po prostu skupić się konkretnie na tej jednej serii – Skin Breathe. Więcej produktów można podejrzeć TUTAJ.

    Sam producent opisuje dany płyn micelarny w ten sposób:

    NIVEA MicellAIR® SKIN BREATHE Kojący Płyn Micelarny do cery wrażliwej i nadwrażliwej zawiera formułę 3w1 z pantenolem i olejkiem z pestek winogron: efektywnie usuwa makijaż, łagodnie i skutecznie oczyszcza, koi i pomaga redukować 3 oznaki cery wrażliwej: zaczerwienienie, napięcie i suchość. Zawiera wegańską formułę bez składników pochodzenia zwierzęcego. Działa w zgodzie z mikrobiomem Twojej skóry. Butelka w 96% pochodzi z recyklingu.

    Tak jak można przeczytać w opisie, płyn jest wegański, a więc osoby unikające produktów i składników odzwierzęcych będą zadowolone. Na spory plus jest także to, że do wyprodukowania opakowania został użyty plastik pochodzący z recyklingu!

    Zakochałam się!

    Już na początku wpisu wspomniałam, że na okazję do przetestowania płynu nie musiałam długo czekać. Aktualnie jestem w połowie już drugiej butelki i póki co, nie myślę o jego zmianie. Czyli wydaje się, że jestem zadowolona!

    Coś co mi najbardziej odpowiada w tym produkcie, to że elegancko usuwa makijaż! Na prawdę mało jest takich płynów (a testowałam ich ogrom), co usuwają makijaż z taką łatwością. Korzystając z innych tego typu produktów, bywało tak, że twarz musiałam trzeć wacikiem aby zmyć zanieczyszczenia. Tak, wiem że to nienajlepsze dla cery, ale czy ja miałam inny wybór!? 😀 W przypadku MicellAir wystarczy, że przelecę wacikiem po twarzy i problem z głowy. Tusz do rzęs również schodzi bezproblemowo nawet przy jego większej ilości.

    Twarz po oczyszczeniu twarzy NIE wydaje się ściągnięta co jest ważne, jest bardzo przyjemna i miękka w dotyku.

    Jako zaletę uważam też jego zapach, a raczej jego brak. Płyn jest bezzapachowy. Choć jestem osobą, której zapachy mało kiedy przeszkadzają to bywają produkty, gdzie nawet ja wolałabym, by były bez zapachu. Sądzę, że przyjemniej oczyszcza się twarz czymś co nie „drażni” naszego nosa.

    Kwestie, do których najtrudniej mi się odnieść to wydajność oraz cena.

    Czy płyn jest wydajny? U mnie znika dość szybko ale ja zazwyczaj jestem mało oszczędna. Jednym wystarczy jeden, dwa waciki na twarz i odrobina płynu, u mnie idzie kilka wacików i każdy moooookry max. 🙂

    Jeśli chodzi o cenę, to owszem produkt nie należy do najtańszych ale sądzę, że to także przekłada się na jakość. Obecnie za butelkę 400ml musimy zapłacić nawet 23zł w jednej z internetowych drogerii, natomiast stacjonarnie uda nam się go dostać już za niecałe 15zł podczas promocji. Także warto polować na niego podczas wyprzedaży, a zaoszczędzimy sporo pieniędzy.

    Teraz jestem ciekawa, kto z Was miał okazję wypróbować ten płyn micelarny i jakie są Wasz opinie na jego temat? 🙂 Dajcie znać w komentarzach.

  • Tusz do rzęs Legendary Lengths!

    Tusz do rzęs Legendary Lengths!

    Cześć! Na dzisiaj znowu wlatuje pod lupę tusz do rzęs. Tym razem jest to produkt Avon, który trafił do mnie jako część prezentu jakiś czas temu. Powiem szczerze, że używam go raczej sporadycznie, na przemian z Falsies Lashlift od Maybelline, ale poznałam się z nim już na tyle, że postanowiłam napisać kilka słów.

    Po pierwsze, tusz nie jest jeszcze dostępny w regularnej sprzedaży. Pojawi się dopiero w marcowym (3/2022) katalogu Avon. To znaczy, większość zapewne ma już dostęp do tego katalogu, ale sprzedaż zaczyna się z początkiem marca. Jego premierowa cena będzie wynosiła 24,99zł. Konsultantki jednak, miały możliwość wypróbowania go ze specjalnej oferty przygotowanej specjalnie dla nich już w grudniu. Ja również jestem konsultantką ale od dawna nie składałam zamówień… ehh. 🙂

    Kilka słów o produkcie.

    Tusz dostajemy w czarnym kartoniku z różowymi akcentami, które po części są zapowiedzią tego, co znajdziemy w środku. Wyraźna nazwa „Legendary Lengths” na froncie, a na pozostałych elementach skład, opis producenta, grafika itp.

    W kartoniku mamy natomiast naszą gwiazdę. 🙂 Ukazuje nam się masywne opakowanie, łudząco podobne do maskary Unlimited (to także wytwór Avon, niestety nie miałam z nim styczności). Kolor, który króluje to różowy. Właśnie w odcieniu pudrowego, słodkiego różu jest opakowanie tuszu, a na nim także nieco ciemniejsze, różowe chromowane napisy. Zakrętka z ozdobnymi żłobieniami ma kolor różowego złota. Mega dziewczęce połączenie, prawda? 🙂

    W środku mamy silikonową szczoteczkę w kształcie wąskiego stożka. Dzięki odpowiedniemu rozłożeniu „włosków” uzyskujemy efekt ładnie rozczesanych rzęs. Według producenta tusz ma za zadanie także wydłużać rzęsy:

    Unikalne polimery nowej generacji gromadzą się na końcówkach rzęs dla efektu wydłużenia jakiego jeszcze nie było!

    Poniżej przedstawiam Wam moje rzęsy pomalowane tuszem Legendary Lengths oraz bez niego. Podoba Wam się ten efekt?

    RZĘSY POMALOWANE TUSZEM DO RZĘS LEGENDARY LENGHTS
    PRZED
    PO

    Niestety, tusz nie jest wodoodporny o czym udało mi się przekonać podczas mroźniejszej pogody i moich łzawiących oczu. 🙂 Za to na plus jest to, że nie osypuje się w ciągu dnia choć odnoszę dziwne wrażenie, że z upływem czasu mimo wszystko jest go jak by co raz mniej na rzęsach. Natomiast podczas wieczornego oczyszczania twarzy, nie mam jakichkolwiek problemów z usuwaniem tego tuszu. Właściwie to ogromny plus, bo nienawidzę katować swoich rzęs próbując zmyć makijaż z oczu. 🙂

    Także myślę, że jest to produkt godny uwagi i jeśli nie macie jeszcze swojego ulubionego tuszu, to warto się nim zainteresować i wypróbować już podczas trwania katalogu numer 3 w Avon-ie.

    buziaki. xx

  • Tusz do rzęs Falsies Lashlift od Maybelline

    Tusz do rzęs Falsies Lashlift od Maybelline

    Cześć! Na dzisiaj przygotowałam Wam wpis poświęcony produktowi, który moim zdaniem stanowi jeden z najważniejszych elementów makijażu. Bowiem rzęsy podkreślone tuszem to taka wisienka na torcie, bez nich cały makijaż traci swój urok i odbiera mu „to coś”. 🙂

    Jednym spośród wielu takich produktów w mojej kosmetyczce jest tusz do rzęs Falsies Lashlift od Maybelline. Jeśli chodzi o tusze, to niby staram trzymać się jednego, sprawdzonego i go używać ale w międzyczasie i tak kupuję inne. W ten sposób lista fajnych tuszy oraz totalnych bubli ciągle się powiększa, a ja mogę dzielić się moimi opiniami. Poza tym, to chyba takie moje małe uzależnienie. 🙂

    Tusz do rzęs Falsies Lashlift od Maybelline

    Pięknie podkreślone rzęsy.

    Produkt prezentuje się dość elegancko, bo mamy masywne lecz lśniące jak lustro opakowanie z fioletowym akcentem. Bez żadnych dodatkowych (i zbędnych!) kartoników, a zabezpieczeniem przy kupnie jest malutka tasiemka łącząca zakrętkę z resztą.

    W środku mamy szczoteczkę, ciekawie wyprofilowaną, z włosia. Jest spora, więc dotarcie nią do rzęs gdzieś w kącikach, może okazać się nieco utrudnione. Warto w takich przypadkach mieć coś zapasowego do wykończenia włosków.

    Tusz do rzęs Falsies Lashlift od Maybelline

    Kształt szczoteczki fajnie dopasowuje się do rzęs wzdłuż powieki, przez co są one pokrywane równą warstwą tuszu i są piękne rozdzielone. Produkt widocznie nadaje rzęsom objętości, a przy okazji delikatnie je wydłuża. Co z resztą widać na zdjęciach poniżej.

    Tusz do rzęs Falsies Lashlift od Maybelline
    Z TUSZEM NA RZĘSACH
    Tusz do rzęs Falsies Lashlift od Maybelline
    PRZED
    Tusz do rzęs Falsies Lashlift od Maybelline
    PO

    Jako, że swoją sztukę kupiłam stosunkowo niedawno i wciąż jestem w trakcie pierwszego opakowania. Ciężko odnieść mi się do jego wydajności. Mogę natomiast powiedzieć, że po całym dniu, rzęsy są w nienaruszonym stanie, nie zauważyłam także by tusz się kruszył, osypywał…

    Póki co, nie dostrzegłam również oznak zasychania czy cokolwiek w tym stylu.

    Na chwilę obecną jestem z niego bardzo zadowolona i to jest tusz, który trafia na moją listę makijażowych ulubieńców. A dodam, że nie jest to pierwszy tusz na tej liście, o reszcie może pojawią się oddzielne wpisy.

    Mam nadzieję, że podobała się Wam moja krótka recenzja. Dajcie znać w komentarzach czy polubiliście ten produkt, a może dzięki mnie właśnie się na niego zdecydujecie? 🙂

  • Danie jednogarnkowe z kurczakiem, papryką i porem

    Danie jednogarnkowe z kurczakiem, papryką i porem

    Pomysł na obiad, łatwy i szybki w przygotowaniu. W dodatku jaki smaczny! Danie jednogarnkowe w którym królują kurczak, papryka oraz por, a smaku dodaje słodka śmietanka.

    Akurat dzisiaj zagościło u mnie jako śniadanie, bo będę poza domem w porze obiadowej, a nie chciałam też żeby warzywa kupione wczoraj, musiały czekać do jutra. Może dość tłuste na pierwszy posiłek z rana, ale musiałam no… 🙂

    Czego potrzebujemy?

    • jeden por
    • jedna papryka czerwona
    • ser mozarella (u mnie akurat jedna kulka ale może być też w innej formie)
    • śmietanka 30% 200ml
    • szklanka makaronu (taki jaki lubimy)
    • pierś kurczaka (u mnie jedna połowa)
    • sól i pieprz do smaku
    • przyprawy wedle uznania

    Z podanej ilości składników, wyjdzie nam cała mniejsza patelnia jedzenia. Czyli albo jedna duża porcja, albo dwie małe. Dla mnie i mojego czteroletniego syna było w sam raz. 🙂

    Przygotowanie

    Na patelni rozgrzewamy oliwę, olej lub masło. Ja użyłam łyżki masła. Gdy zagrzeje się, wrzucamy paprykę pokrojoną w małą kostkę i pora pokrojonego w półkola.

    na rozgrzaną patelnię wrzucamy pokrojone pora i paprykę

    Trochę zamieszajmy i możemy dodać kurczaka pokrojonego w średnią kostkę. Ja dodałam jedynie połowę piersi. Jeśli lubisz więcej mięsa, dodaj dwie połowy. Nie zapomnij tylko o większej patelni… 🙂

    dodajemy połowę piersi kurczaka

    Ponownie troszeczkę mieszamy, by wszystkie składniki połączyły się. Następnie dodajemy ser mozarella. Kulkę odsączyłam, a następnie pokroiłam w małą kostkę aby szybciej się roztopiła i lepiej zmieszała na patelni. Tutaj można dodać mozarelli też w innej formie, czy to kostka, czy wiórki. W moim przypadku padło na kulkę bo w porównaniu do pozostałych, była o wiele tańsza!

    dodajemy ser mozarella, w dowolnej formie

    Ponownie, możemy zamieszać. Tutaj dodajemy nasze ulubione przyprawy, odrobinę soli i pieprzu do smaku. Ja dodałam jedynie słodką paprykę mieloną, robiłam to danie po raz pierwszy więc trochę bałam się przesadzić z ilością przypraw. Wy jednak, możecie dodać ich więcej.

    Teraz też wjeżdża makaron. Nie ważne jaki, u mnie jakieś falbanki bo taki akurat był w domu. 🙂

    dodajemy makaron

    Od razu dodajemy też śmietankę 30%. Sądzę, że 200 ml jest wystarczające, przy większej ilości wyjdzie nam zupa. 🙂 Wszystko razem dobrze mieszamy!

    dodajemy śmietankę 30%

    Gotujemy tak pod przykryciem na małym ogniu, do momentu aż makaron zrobi się miękki. Od czasu do czasu mieszamy. Pod koniec gotowania możemy zdjąć pokrywkę by nadmiar wody trochę odparował. Dzięki temu, potrawa zrobi się bardziej zwarta, nie będzie taka lejąca.

    danie jednogarnkowe z kurczakiem, papryką i porem

    Gotowe! Życzę smacznego. 🙂

  • Po raz pierwszy postawiłam sobie cele na nowy rok

    Po raz pierwszy postawiłam sobie cele na nowy rok

    Rok temu, mniej więcej o tej porze pojawił się wpis podsumowujący poprzedni rok. Pomimo, że rok 2021 był dość udany, to ten wpis postanowiłam poświęcić, nie temu co było, lecz temu co będzie. Po raz pierwszy w życiu, zdecydowałam się postawić sobie mini cele na nadchodzący rok.

    Pomyślicie sobie pewnie, że to kolejne bezsensowne gadanie. Powstało już tyle memów typu „nowy rok, nowa ja” czy nawet wpisów, że czasami na prawdę nie chce się tego słuchać. Owszem, można zwątpić gdy ktoś rok za rokiem stawia sobie zabawne cele, a i tak nigdy nawet nie stara się ich osiągnąć. Inaczej, gdy ktoś całe życie podchodził do tego… tfu, nigdy do tego nie podchodził! 😅

    Czy warto wyznaczać sobie cele?

    Tutaj, mam na myśli szczególnie te noworoczne. Bo wiadomo, że codziennie wyznaczamy sobie jakiś my cel, który chcemy chociażby osiągnąć do końca dnia. Zwykłe posprzątanie łazienki czy wysłanie maili, również jest pewnym rodzajem celu. Łatwe do osiągnięcia ale wymaga naszego wysiłku. Nikt nie powiedział, że dążenie do celu równa się z potem, bólem, stresem czy innymi nieprzyjemnościami. Nie każdy cel wymaga ogromnego wysiłku.

    Ja natomiast, chciałabym wspomnieć o tych postanowieniach długoterminowych, których osiągnięcie zajmuje nie kilka godzin czy dni, a miesiące.

    Zatem, czy warto wyznaczać sobie noworoczne cele?

    Tak, jak najbardziej. Widzę w tym ogrom zalet! Przede wszystkim, zaplanowane życie wydaje mi się o wiele łatwiejsze, dzięki konkretnemu celowi do osiągnięcia, możemy podążać według własnego planu. Codzienność stanie się łatwiejsza. Nie żyjemy w chaosie, kiedy to pod nawałem obowiązków nawet nie wiemy za co się zabrać. A planowanie w trakcie, może okazać się marnowaniem czasu. Po pierwsze dlatego że, nie wiemy nawet czy nasz plan „na szybko” wypali, a po drugie w czasie codziennego planowania każdego dnia, moglibyśmy realizować już z góry założony plan.

    Kolejną, moim zdaniem zaletą, jest także to, że mamy okazję do przeanalizowania naszego dotychczasowego życia. Możemy przyjrzeć się dokładnie co nam odpowiadało i dalej odpowiada, a co pragniemy zmienić. W ten sposób, łatwo postawimy sobie kolejny cel do osiągnięcia, jednak nie wiadomo czy będzie on tak samo łatwy do osiągnięcia. 🙂

    Określając własne cele, ćwiczymy także siebie samych! Jest to idealny moment, by sprawdzić naszą wytrwałość, a także asertywność. To pierwsze wiadomo, sprawia że staramy się nie poddawać nawet jeśli momentami jest nam bardzo pod górkę. Mimo to dążymy do celu. No, a dlaczego asertywność? Uważam, że realizacja własnego planu wymaga również pewnych wyrzeczeń. Czasami będziemy musieli wybrać, między wyjazdem ze znajomymi, a pozostaniem w domu i pracą. Ciężki wybór, prawda? Tylko od nas samych zależy, co okaże się ważniejsze.

    Myślicie, że byłabym w stanie znaleźć także wady? Jedyne co przychodzi mi do głowy to to, że stawiając jakiś cel, mógłby spotkać nas zawód w przypadku, gdyby nie udało się nam go osiągnąć. Wiem, że po jednych taka porażka spłynie jak po kaczce i będą działać dalej, a drudzy natomiast wezmą wszystko „do głowy” i wpłynie to na nich demotywująco. Nie wiem, czy jest na to jakiś złoty środek. Mówienie komuś by się tym nie przejmował, to tak jak mówienie astmatykowi, by głęboko oddychał. 😉 Pomoc żadna. Każdy z nas jest inny, warto dlatego też pracować nad sobą i w tym nie ma niczego złego. Za to silny charakter to wielka zaleta!

    Czy uda mi się wytrwać w postanowieniach?

    Jako, że w ostatnich latach, a przynajmniej miesiącach bardzo mało skupiałam się na swoim zdrowiu, chcę skupić się na tym właśnie teraz. Mój lęk przed lekarzami i ogólnie służbą zdrowia jest nie do opisania. Do lekarzy staram się chodzić w ostateczności. Nie wiem skąd się to wzięło, być może kilka błędnych diagnoz mnie zniechęciło? Strach przed igłami i krwią, odstrasza mnie do jej regularnego kontrolowania, a ostatnia wizyta u dentysty zakończona omdleniem ze strachu sprawiła, że obawiam się identycznego scenariusza na kolejnej wizycie. Prócz zdrowia, mam jeszcze kilka innych mniejszych planów, ale tak samo dla mnie ważnych.

    Chciałabym w końcu zadbać o mojego bloga i wziąć się za regularne pisanie tekstów. Sprawia mi to ogromną przyjemność, szczególnie gdy mam do tego wenę. Wtedy jeden wpis na bloga zajmuje mi dosłownie moment. Nawet teraz mam przygotowanych kilka tekstów, ale żeby zabrać się za wykonanie zdjęć do nich dla mnie męka. 😉 Nie umiem w ładne zdjęcia na bloga, co mnie właśnie bardzo demotywuje i ciężko jest mi się za nie zabrać. Wiedząc, że pewnie i tak wyjdzie z nich jedno wielkie G. 🙂

    Kolejnym podpunktem na mojej liście jest nawiązanie kilku współprac. Zanim jednak to nastąpi, to konieczne jest wykonanie wcześniejszego punktu. Jak widać, jedno jest powiązane z drugim!

    W planach mam także podjęcie kursu, ew. kursów. Takie co nauczą mnie bardziej w blogowanie, tworzenie stron, html i css. Bardzo lubię taką grzebaninę! oj tak. 🙂 Z tym już wiążę większe plany, być może nie tylko na 2022 rok ale i dłużej.

    Mając na pokładzie szalonego czterolatka, uważam że zadanie może być odrobinę utrudnione, przecież nie będę w stanie skupić się w 100% na sobie. Jakiś procent mojej uwagi zawsze zabierze mój syn. Ale tu jest też pozytywna strona, bo zyskałam najlepszego motywatora w dążenia do swoich celów! Kto nas zmotywuje lepiej, niż najbliższe osoby? 🙂

    No dobrze, a kto z Was postawił na noworoczne cele? Działacie spontanicznie, czy wolicie według wcześniej określonego planu? Dajcie znać w komentarzu. 🙂

    *zdjęcia zrobione 1. stycznia na wieczornym spacerze ulicami Ełku*

  • Wesołych Świąt, Kochani

    Wesołych Świąt, Kochani

    Witajcie w ten piękny, świąteczny czas. Mam nadzieję, że Mikołaj, zamiast rózgi, zostawił Wam prezenty, a atmosfera jest pełna miłości, życzliwości i radości.

    Ja kolację wigilijną spędziłam poza domem, z moją mamą, która nie mieszka ze mną. Po kolacji powrót do domu i symboliczne przełamanie się opłatkiem z moim tatą, który niestety tego dnia pracował do późnego wieczora.

    Dzisiaj, chciałabym jedynie złożyć Wam serdeczne życzenia. 🙂

    Z okazji świąt bożego narodzenia składam Wam życzenia miłości, spokoju i wszelkiego dobra. Aby przy świątecznym stole nie zabrakło światła i ciepła rodzinnej atmosfery. Aby Nowy Rok niósł ze sobą szczęście, pomyślność i mnóstwo pomysłów na pełne piękna, twórcze życie.

    Do zobaczenia za kilka dni z nowymi wpisami!

    buziaki x

  • Jak co roku „zima zaskoczyła”!

    Jak co roku „zima zaskoczyła”!

    A to niespodzianka, ledwo co na bloga wleciał wpis o jesieni, a dzisiaj rano powitała mnie zimowa aura! Spodziewałam się śniegu w najbliższych dniach, prognozy pogody wyraźnie na to wskazywały… ale że to już? Już dziś? Poważnie?

    Nie do końca byłam na to przygotowana. W mojej szafie wciąż brak ciepłej, zimowej kurtki, rękawiczek czy porządnych zimowych butów… Cóż, w poprzednich latach nie było mi to jakoś specjalnie potrzebne. Syn jeszcze dziś poleciał do przedszkola w adidasach… dobrze, że chociaż zimową kurtkę ma. ;p

    Obiecałam sobie, że w tym roku i ja kupię sobie porządną kurtkę, ale taką na maxa ciepłą, bo jestem ogromnym zmarźluchem!

    Moja dzisiejsza droga do pracy wydłużyła się dzisiaj dwukrotnie. Zamiast trzydziestu minut, tj. zawieźć dziecko do przedszkola na drugi koniec miasta i wrócić do pracy, zajęło mi dobrą godzinę. A przecież mieszkam jedynie w niewielkim mieście. Śnieg totalnie sparaliżował miasto, samochody jeździły co najwyżej 30-40kmh… Na drogach grube warstwy lodu, a momentami problem było ruszyć na światłach, bo ślizgały się koła.

    Niestety, nie obyło się bez różnych zdarzeń drogowych z udziałem samochodów, wiadomo: dachowanie, poślizgi, itp. 🙁

    Ale jest też plus taki, że chociaż odśnieżarki od razu wyruszyły na miasto. 😉

    Zima jest fajna. Fajna pod warunkiem, że jest grubo poniżej zera, a śnieg nie zamienia się w wodę po kilkunastu minutach.

    Zima jest fajna wtedy, gdy mróz tak ścina śnieg, że ten skrzypi stąpając po nim. 🙂

    Niestety, takie rzeczy widuję jedynie na filmach lub zdjęciach. Rok temu także zima dała o sobie znać, gdy temperatury spadały do blisko -30 stopni. Szczerze, czułam się wtedy lepiej i „przyjemniej” było, niż gdy termometr pokazuje jakieś marne -5 stopni. ;p Zobaczymy, co w tym roku zima dla nas przyniesie.

    Czekacie z utęsknieniem na śnieg? A kto go powitał dzisiaj rano, tak jak ja? 🙂